czwartek, 30 sierpnia 2018

,,Dwór Skrzydeł i Zguby" S. J. Mass - jaka jest twoja taktyka na wojnę?


   Witam was moi drodzy w recenzji, która powinna tu być już od miesiąca. Nie czekam już na mój laptop i przemęczę się ze starociem mojej mamy.
,,Dwór Skrzydeł i Zguby" był jedną z najbardziej wyczekiwanych książek ubiegłego roku. Przez długi czas jaki czekano na trzeci tom opowieści z krainy fae, czytelnicy zdążyli wyrobić sobie ogromne wymagania co do tej książki. Przede wszystkim mówiono o tym, że nie może zabraknąć humoru Mass, oczekiwano jeszcze większej ilości intryg oraz historia prosiła się o rozwinięcie wątków niektórych drugoplanowych postaci. Czy tak się stało? I tak, i nie. Bez owijania w bawełnę pozwolę sobie wam powiedzieć, jak wyglądało to z mojego punktu widzenia. Fabuła:

   Zacznijmy od tego, że jak wiadomo z poprzedniego tomu, Feyra zostaje szpiegiem Dworu Nocy na Dworze Wiosny pod przykrywką odzyskania wolności własnej woli. W ten sposób wykrada informacje na temat wrogiego Króla Hybernii, jego położenia, armii i potęgi. Sprawy komplikują się kiedy domniemani przyjaciele poprzez żądze władzy stają się wrogami, a wrogowie, jakby się nawracając - sprzymierzeńcami. W takim układzie Feyra i Rhysand muszą być bardzo ostrożni, a osoby które darzą zaufaniem dobierają bardzo skrupulatnie. Razem starają się odebrać wrogowi jego największą broń - Kocioł, oraz zebrać jak największą armię, aby bronić Prythian i śmiertelników podczas nieuniknionej wojny. Jaki był koszt tego wszystkiego?

- Wytykaj mi głupie posunięcia, ile tylko zapragniesz. W zasadzie to nalegam byś to robiła.
- Dlaczego?
- Bo z tego jest frajda.
   Jak widać zarysowana fabuła brzmi dosyć ambitnie. Niestety właśnie kosztem tej wręcz nierealnej akcji sprzymierzenia wszystkich siedmiu dworów, ucierpiał humor i wątki poboczne Mass. Oczywiście nie mówię, że książka ta była zła, gdyż była świetna. Kilka razy się uśmiechnęłam, kilka razy byłam zszokowana faktami, które wychodziły na światło dzienne i nawet dwa razy się wzruszyłam. Po prostu ta część była trochę gorsza od jej dwóch poprzedniczek. Mianowicie były momenty kiedy dech zapierał mi w piersiach i wręcz pożerałam wartką akcję, ale były też sytuacje, gdzie musiałam się gwałtownie zatrzymać, gdyż autorka zarzuciła mi przed oczy nieco tzw. ,,krindżu". Na przykład proszę wyobrazić sobie wykwintną wspólną kolację na której wszyscy (UWAGA) wytykają na siebie języki...

Ale to jest wojna. Nie stać nas na realizowanie wyłącznie dobrych pomysłów. Możemy wybierać tylko między złymi a gorszymi.

 Oprócz tego Rhysand, którego pokochałam w drugim i pierwszym tomie, w obliczu wojny stracił makabrycznie na charakterze i nie zaobserwowałam u niego tych jego dwóch charakterystycznych stron medalu, czyli od pyszałkowatego i przekomarzającego się księcia po wrażliwego i skrzywdzonego fae, a właściwie dostałam jedną stronę i to taką nijaką. Zresztą tak samo jego relacja z Feyrą, która w tym tomie opierała się bardziej na wzajemnym podnoszeniu na duchu niż pogłębianiu relacji.

Widzę cię całego, Rhysie. i nie ma w tobie niczego, czego nie kochałabym całą sobą.

   Kolejną sprawą do poruszenia jest wątek Luciena i Tamlina, gdzie obaj zostali okrutnie potraktowani przez autorkę. Lucien, który w tym tomie ze względu na jego relację z Elainą powinien być jak najbardziej obecny, został wykopany gdzieś hen daleko poza akcję, a to, czego się o nim dowiadujemy dzieje się właściwie bez jego udziału. Zupełnie tak jakby Mass nie miała pomysłu gdzie umieścić ,,niepotrzebny" element i postanowiła mówić o nim w trzeciej osobie prawie całą powieść. Za to Tamlin naprawdę miał potencjał, a autorka postanowiła zrobić z niego prosto myślącego idiotę-jaskiniowca. Szkoda, gdyż lubiłam tę postać, a przynajmniej ją rozumiałam.

Czekałbym kolejne pięćset, tysiąc lat na ciebie, A jeśli to koniec czasu, jaki dany nam jest razem... warto było.

   Teraz, kiedy skończyłam narzekać, powiem co podobało mi się w tej części. W sumie to generalnie mi się podobała, a niektóre plot-twisty wręcz zrzucały mnie z łóżka. Książka zawiera naprawdę kilka intrygujących lub łamiących serce scen. W przeciwieństwie do Tamlina i Luciena, bardzo dobrze rozbudowane  zostały postacie Mor i Amereny, a Mor wręcz pokochałam, lecz niestety nie mogę powiedzieć wam nic więcej na ten temat. Kamienne serce Nesty także przeszło pewną przemianę na plus, a dziwne zachowanie Elainy tłumaczą kolejne wydarzenia. Poznajemy też trochę ojca Feyry.

   Sumując to może ta recenzja ma dość gorzki wydźwięk, ale nie zapominajmy, że to Mass i żadna jej książka nie jest zła. Po prostu ta jest ciut gorsza niż pozostałe, a ja z niecierpliwością czekam na kolejną część. Jako że pierwsza i druga część otrzymały 10/10 to ta otrzyma 9/10 i najzwyczajniej wam ją polecam mimo drobnego zawodu. Do zobaczenia!

Copyright © Szablon wykonany przezBlonparia