.
wtorek, 30 października 2018
środa, 24 października 2018
poniedziałek, 22 października 2018
,,Cuda za rogiem" K. Higashiny - Czy wierzysz w cuda?
Witam, was kochani. Dziś przekażę wam moją opinię na temat jednej z najnowszych książek od wydawnictwa Feeria, a mowa tu jak widzicie o ,,Cudach za rogiem” Kiego Higashiny. Jest to powieść, której akcja rozgrywa się w Chinach, co daje nam możliwość poznania lepiej kultury wschodu. Podrzucam opis:
,,Yuji Namiya wiele lat prowadził mały sklep osiedlowy. Ludzie przychodzili do niego nie tylko po to, żeby zrobić zakupy, ale też po radę w trudnych sytuacjach, życiowych. Odbywało się to w dość nietypowy sposób. Listy z pytaniami wrzucali do sklepu przez otwór w rolecie, a odpowiedzi odbierali ze skrzynki na mleko. Po śmieci właściciela budynek opustoszał, a o pani Namiyi zapomniano.
Kilkadziesiąt lat później troje złodziei – Shota, Atsuya i Kohei – trafia do dawnego sklepu, szukając kryjówki. Kiedy zmęczeni i głodni przeszukują stare półki sklepowe, wydarza się coś niespodziewanego: ktoś wrzuca do sklepu list. Okazuje się, że młoda kobieta prosi w nim o poradę. Kiedy zaskoczeni próbują zrozumieć sytuację, odkrywają, że list przyszedł do nich z przeszłości..."
Jeśli mam być szczera to byłam sceptycznie nastawiona do tej pozycji, ale zupełnie niepotrzebnie! Lekkie pióro autora sprawia, że cała historia nie zwalnia, ani na chwile, a zgrabnie nawiązujące do siebie wątki wręcz nie pozwalają oderwać się od lektury. Przy okazji, każdy z bohaterów jest na swój sposób zupełnie inny, a my możemy obserwować to jak uporali się ze swoimi problemami przechodząc wewnętrzną przemianę. Właśnie te przemiany doprowadzały do tego, że miałam łzy w oczach i byłam dumna z obrotu spraw.
Jest to bardzo mądra i poruszająca opowieść. Zawiera w sobie myśli i przesłania, które nie tracą na swojej aktualności. Nakłania nas do spojrzenia na własne wybory i życie, gdyż bohaterowie to takie osoby jak my i także miewają swoje rozterki na tle moralnym lub każdym innym. Gorąco polecam wam „Cuda za rogiem” i oceniłam ją w mojej skali jako 9/10. Może dzięki niej odzyskacie wiarę w cuda? A może je dostrzeżecie?
piątek, 5 października 2018
„Miłość i inne rośliny mięsożerne" F. Gonsalves - czy miłość oznacza autodestrukcję?
Witam was kochani ponownie. Tym razem opowiem wam co sądzę o książce otrzymanej od wydawnictwa Młody Book!. Jest to rodzaj młodzieżówki poruszającej problemy dotykające młodzież w XXI wieku, choć nie wykluczam ich wcześniejszego istnienia. Mowa oczywiście jak widzicie o ,,Miłości i innych roślinach mięsożernych" napisanej przez Florence Gonsalves, dla której ,,Miłość.." to debiutancka powieść. Oto opis książki:
,,Danny i Sara od zawsze snuły wspólnie plany na przyszłość. Jednego były pewne: jakkolwiek potoczą się ich losy, na zawsze pozostaną najlepszymi przyjaciółkami. Ale gdy Danny wyjeżdża na studia, przyjaciółki zaczynają się od siebie oddalać. Danny nie potrafi się przyznać Sarze, że zamiast błyszczeć na uczelni jako najlepsza studentka, trafiła do ośrodka leczenia zaburzeń odżywiania, ani że poznała tam kogoś, kto być może jest miłością jej życia. Kiedy niewyobrażalna tragedia rozdziela przyjaciółki na zawsze, Danny pogrąża się coraz głębiej w autodestruktywnym marazmie. Czy uda jej się otrząsnąć i odnaleźć w sobie siłę, by być nade wszystko sobą?"
Trzeba przyznać, że opis może wyglądać dość sztampowo na pierwszy rzut oka. Jest to jednak wina bardziej tego, że dzięki bogu opis nie zdradza nam ani jednego spoilera, a nie tego, że ta lektura taka jest. Teraz po przeczytaniu widzę w nim o wiele więcej ukrytych, a ciekawych wątków. Młodzieżówka ta nie dotyka tylko przyjaźni i zaburzeń odżywiania, lecz także relacji z rodzicami, odkrywania siebie i własnej seksualności, żałoby i problemów z alkoholem. Jest to cała masa problemów poruszonych na 361 stronach jakie posiada książka, ale autorka całkiem zręcznie sobie z tym radzi. Książkę czyta się szybko, przyjemnie, ale bawiąc również uczy, przejmuje i skłania do przemyśleń nad... samym sobą.
,,Problemem w kłamaniu jest to, że czasami już dłużej nie da się kłamać.Natomiast dobrą stroną kłamania jest to, że w końcu prowadzi ono do prawdy. Słowem kluczowym jest tutaj w końcu."Co do tempa akcji czy języka nie mam się do czego przyczepić, gdyż język zastosowany jest bardzo naturalny i niewymuszony, a akcja nie nudziła mnie ani przez chwilę. Może nie zostałam wbita w fotel, ale z przyjemnością do niej wracałam wieczorami. Przy okazji pani Gonsalves starała się rozrzedzić kłębiące się burzowe chmury nad głowami naszych bohaterów dawką humoru, który niekiedy nawet mimo tego, że bywał czarny odciągał mnie od popadnięcia nostalgię czy przygnębienie. Docenić tu trzeba bezpośredniość autorki w przekazywaniu uczuć z równoczesnym ich tłumieniem, co wspaniale oddaje genezę książki.
,,(...) w moim świecie wszystko jest rozjechane przez buldożer. Śmierdzi tam gumą i śmieciami, i nikt nie może spać przez hałasujące spychacze, ale na skraju tego świata, całkiem na uboczu, dwa malutkie kwiatki, które wyglądają jak chwasty, rosną nieśmiało i blisko siebie, kwitną pomimo panującego naokoło zamętu."Zapewne interesująca jest dla was również główna bohaterka, gdyż bywają one bardzo nijakie i często irytujące. W tym przypadku - nic podobnego! Bardzo trudno było rozgryźć mi to jaka naprawdę była Danny, a jej napiętrzające się problemy, z którymi przestawała dawać sobie radę, a musiała (z powodzeniem lub nie) starać się stawić im czoło, nie pomagały mi w mojej misji zrozumienia jaką osobą jest bohaterka. Jedno jest pewne - Danny to postać wyjątkowa w nietypowej sytuacji życiowej, która stara się w tym całym bałaganie odnaleźć siebie. Wydawać by się mogło, że w tej historii nie ma już czasu na miłość, ale powiedzmy sobie szczerze - nikt nie planuje miłości, tak więc i ona postanowiła stanąć na drodze naszej nietypowej bohaterce przysparzając jej kolejnych kłopotów. Co ciekawe autorka zostawiła na zakończenie notkę, aby nie naśladować Danny, ani nie zastanawiać się nad konsekwencją jej poglądów - po prostu taka była Danny - fikcyjna postać zmagająca się z wieloma poważnymi problemami.
,,Jak inaczej wytłumaczyć to, że właśnie zostałaś podzielona na najmniejsze kawałeczki, ale się nie rozpadłaś, wręcz przeciwnie - jesteś bardziej całością niż kiedykolwiek przedtem?"
Jest to powieść może nie tyle co wzruszająca, ale poruszająca. Dopiero po jej zakończeniu dotarło do mnie jak subtelnie wkradła mi się do serca, aby następnie zadać mi w nie cios od środka. Zarazem piękna, urocza, smutna i okrutna historia Danny odkrywającej siebie na nowo, może być pouczająca dla nas wszystkich, gdyż wszyscy utraciliśmy kiedyś coś ważnego, a potem musieliśmy sobie wszystko poukładać od początku. Ta mocna i mądra młodzieżówka zasługuje na 9/10 w mojej skali i serdecznie wam ją polecam. Do zobaczenia!
czwartek, 4 października 2018
,,Dwór szronu i blasku gwiazd" S. J. Mass - o bliznach widocznych i niewidocznych
Witam was, moi drodzy w nowej recenzji na blogu. Dziś wypowiem się na temat poniekąd "czwartego" tomu bestsellerowej serii Sary J. Mass. Mowa oczywiście jak widzicie o ,, Dworze szronu i blasku gwiazd", który był niezwykle wyczekiwaną przez fanów pozycją tego roku. Lecz czy słusznie? Podzielę się z wami moimi odczuciami na ten temat.
Oto opis:
Akcja powieści toczy się kilka miesięcy po wydarzeniach z Dworu skrzydeł i zguby. Historia opowiedziana jest z perspektywy Feyry i Rhysa, którzy wraz z przyjaciółmi zajmują się odbudową Dworu Nocy oraz miasta, które uległo znacznym zniszczeniom podczas wojny. Na szczęście zbliża się czas Przesilenia Zimowego, a z nim wyczekiwane ułaskawienie.
Jednak mimo świątecznej atmosfery duchy z przeszłości nie dają o sobie zapomnieć. Feyra, która będzie obchodziła swoje pierwsze Przesilenie Zimowe, odkrywa, że najbliższe jej osoby są znacznie bardziej poranione, niż można by przypuszczać. A to może mieć znaczący wpływ na przyszłość Dworu i całego ich świata.
Sam opis nakierowuje już nas na to, że po tej części nie możemy spodziewać się jakiejś wielkiej ilości akcji i skandali. W tym cienkim trzystustronnicowym tomiszczu chodzi raczej o wszczęcie kilku wątków, które będą miały swoją kontynuację w kolejnym tomie oraz o ukazanie nam jak mają się nasi kochani bohaterowie po tym co miało miejsce w acowarze. Jednak czy było to potrzebne? Polemizowałabym.
Kocham cię - wyszeptał. - Bardziej niż życie, bardziej niż moje ziemie, bardziej niż koronę.
Zacznę może od strony technicznej. W tym tomie oprócz Rhysanda i Feyry opowiadających nam historię pierwszoosobowo, pojawiają się inne osoby (między innymi Kasjan), które prowadzone są trzecioosobowo. Myślę, że mógł być to celowy zabieg pisarki, aby w kolejnym tomie móc przejść całkowicie na narrację trzecioosobową. Jest to jeden z nielicznych powodów, dla którego mogę przyznać, że wydanie tych nazwijmy to 'nowelek' miało jakiś sens. Teraz opowiem wam właśnie, dlaczego tak twierdzę.
Jego już nie ma, a ja wciąż tu jestem. Pustka narodziła się z tego uczucia.
Pierwszą z rzeczy która mnie bardzo rozczarowała, był styl pisania autorki, na który nigdy wcześniej nie narzekałam, a nawet jak coś się przytrafiało to przymykałam oko. Tutaj absolutnie nie mogę tego przepuścić. O ile każda scena w książce rozpoczynała się klimatycznie i z klasą, Mass za każdym razem wprost policzkowała czytelnika tzw. "czytelniczym krindżem", bo jak można inaczej nazwać wspólną kolację, na której ni stąd, ni z owąd, bohaterowie zaczynają rozmawiać o... wypróżnianiu się. Tak samo źle czułam się czytając sceny erotyczne zawarte w tej książce, które mówiąc szczerze nigdy nie były według mnie zbyt subtelne w poprzednich tomach, lecz tutaj autorka wręcz odstraszała mnie wyrażeniami takimi jak "aksamitna twardość"... Zażenowanie czułam także, gdy bohaterowie rozmawiając o ważnych sprawach nagle zaczynali wspominać jak to na stole przy którym właśnie obradują, robili zupełnie co innego. Smutne jest, że każda z tych scen naprawdę zaczynała się dobrze, że wręcz nawet przy scenie erotycznej zapeszyłam w głowie słowami ,,Wow, Mas, idzie ci całkiem nieźle". Niestety i tak oczywiście wyszło jak wyszło.
Drugą rzeczą na którą się trochę pożalę to zniszczenie bohaterów. Ja rozumiem, że wojna zmienia ludzi, ale Rhys już totalnie przestał być tym Rhysem, w którym się zadurzyłam. Stał się takiem zupełnym kapciem bez charakteru. Za to Feyra jak wiecie, postanowiła pomóc odbudować zniszczenia, zapewnić poszkodowanym jedzenie, ubrania i dach nad głową. a przede wszystkim pomóc zapomnieć. Jest jednak w tym wszystkim bardzo zagubiona i wiedząc jakim majątkiem rozporządza, nie bardzo wie jak się za to zabrać. Większość czasu zastanawia się nad tym jak dużo ma pieniędzy, niż robi coś konkretnego. Brakuje mi po prostu silnej, zdecydowanej Feyry, która ma plan i wie co chce osiągnąć - czyli takiej jak w pierwszych dwóch tomach. Chociaż jej postawa i tak jest lepsza od postawy całej reszty towarzystwa, która bardziej przejmuje się kupnem prezentów na
święto niż tym, aby pomóc poszkodowanym w Velaris.
Żebyście nie myśleli, że tylko wszystko neguję, bo książka ma swoje dobre momenty i wprowadza pewne ciekawe i nurtujące wątki. Między innymi odwiedzamy Dwór Zimy, Ilyryjskie Góry, Dwór Wiosny, zagłębiamy się w relację Nesty i Kasjana. Poznajemy tradycje Dworu Nocy, obserwujemy zmiany w społeczności Ilyrów i poznajemy nowe osoby. Po prostu twierdzę, że zarys tego wszystkiego, choć mniej dokładny, mógłby znaleźć się w kolejnym tomie i wszystko byłoby w porządku, a Sarah J. Mass może byłaby zmuszona usunąć kilka ''niepotrzebnych'' scen...
Podsumowując jestem zawiedziona i rozczarowana tą pozycją, ale mimo wszystko to Mass i przeczytałabym wszystko choćby nie wiem jak negatywne opinie miało. Poza tym nie czuję się tak jakbym straciła czas podczas lektury tego zbioru. Miedzy innymi podobał mi się sneak peek kolejnego tomu zawarty na samym końcu i uważam, że bez tej książki mimo wszystko lepiej nie zabierać się za następną część Dworów. Jeśli więc jesteś fanem tej serii to lepiej nie pomijaj tej części bez względu na jej połowiczną jakość. Ja oceniłam tę pozycję na 6/10 i mam nadzieję, że podobała wam się recenzja. Do zobaczenia!
